1. Pismo Święte natchnione przez Boga
W
Drugim Liście do Tymoteusza zawarte jest znane stwierdzenie: "Wszelkie
Pismo jest natchnione przez Boga" (2 Tm 3, 16). Wyrażenie, które zostało
przetłumaczone jako "jest natchnione przez Boga" lub "o Boskim
natchnieniu", w języku oryginalnym zawiera się w jednym słowie
theopneustos, które zawiera jednocześnie dwa słowa: Bóg (Theos) i Duch
(Pneuma). Słowo to posiada dwa fundamentalne znaczenia: jedno bardzo
znane, drugie zwykle pomijane, choć nie mniej ważne od pierwszego.
Znaczenie
bardziej znane jest pasywne, podkreślane we współczesnych
tłumaczeniach: Pismo Święte "jest natchnione przez Boga". Inny fragment
Nowego Testamentu w ten sposób wyjaśnia to znaczenie: "Kierowani Duchem
Świętym mówili od Boga święci ludzie"(2 P 1, 21). Jest to, krótko
mówiąc, klasyczna doktryna o Boskim natchnieniu Pisma Świętego, którą
wyznajemy jako artykuł wiary w Credo, kiedy mówimy, że "Duch Święty
mówił przez proroków".
Doktryna ta odwołuje się do samego źródła
całego misterium chrześcijańskiego, jakim jest Trójca Święta, tzn.
jedność i odrębność trzech Boskich Osób. Duch Święty towarzyszy Słowu
tak, jak w łonie Trójcy Świętej tchnienie Ducha Świętego jest związane z
narodzeniem Słowa. Jak we Wcieleniu Duch Święty zstępuje na Maryję, aby
Słowo stało się ciałem w jej łonie, tak też analogicznie (ale nie
identycznie) Duch Święty działa w natchnionym pisarzu, uzdalniając go do
tego, aby przyjął Słowo Boże i "wcielił" je w język ludzki.
Możemy
wyobrazić sobie w ludzkich obrazach to wydarzenie, samo w sobie
tajemnicze, natchnienia: Bóg "dotyka" swoim Boskim palcem - tzn. żywotną
energią, którą jest Duch Święty ów tajemniczy punkt, w którym duch
ludzki otwiera się na nieskończoność i stąd owo dotknięcie - samo w
sobie bardzo proste i chwilowe, jakim jest Bóg, które je prowokuje -
rozchodzi się, jak fala dźwiękowa, na wszystkie władze człowieka - wolę,
inteligencję, wyobraźnię i serce - przekładając się na myśli, obrazy i
słowa. Powstaje tajemnicze przejście od boskiego poruszenia do
rzeczywistości stworzonej, które można zaobserwować we wszystkich
dziełach Boga ad extra: w stworzeniu, wcieleniu, w udzielaniu łaski.
Rezultat
w ten sposób osiągnięty to rzeczywistość teandryczna, tzn. całkowicie
Boska i całkowicie ludzka: dwa elementy wewnętrznie złączone choć nie
"zmieszane". Magisterium Kościoła - w encyklikach Providentissimus Deus
Leona XIII oraz Divino afflante Spiritu Piusa XII - mówi nam, że dwa
elementy, boski i ludzki, pozostały nienaruszone. Bóg jest autorem
głównym, ponieważ przyjmuje na siebie odpowiedzialność za to, co zostało
napisane, determinując jego treść przez działanie swego Ducha; święty
pisarz jednak jest również autorem w pełnym tego słowa znaczeniu,
ponieważ współpracuje w sposób istotny w tym dziele, poprzez swoją
zwykłą, ludzką działalność, którą Bóg posługuje się jak narzędziem. Bóg
mówili Ojcowie - jest jak muzyk, który dotykając strun liry, sprawia,
że drgają. Dźwięk jest całkowicie dziełem muzyka, ale nie istniałby bez
strun liry.
Zazwyczaj podkreśla się w tym cudownym boskim dziele,
tylko jeden efekt: bezbłędność Biblii, tzn., fakt, że Biblia nie
zawiera żadnego błędu (jeśli rozumiemy "błąd" właściwie, tzn. jako brak
ludzkich treści zawartych w określonym kontekście kulturowym, a więc
wyrażonych przez tego, który pisze). Ale natchnienie biblijne tworzy coś
o wiele więcej niż prostą bezbłędność Słowa Bożego (strona negatywna).
Od strony pozytywnej tworzy niewyczerpalność, moc i witalność Bożą oraz
to, co św. Augustyn nazywał mira profunditas - cudowna głębia[1].
W
ten sposób jesteśmy gotowi do odkrycia drugiego znaczenia natchnienia
biblijnego, mniej znanego, o którym wcześniej mówiłem. Z gramatycznego
punktu widzenia imiesłów theopneustos jest w stronie czynnej, nie
biernej. Jeśli jest prawdą, że tradycja i teologia zawsze wyjaśniały go w
sensie pasywnym (natchniony przez Boga), to jest też prawdą, że ta sama
tradycja potrafiła zauważyć w nim znaczenie aktywne. Pismo Święte
mówił św. Ambroży - jest theopneustos nie tylko dlatego, że "jest
natchnione przez Boga", ale także dlatego, że "tchnie Boga", daje
Boga![2] Teraz tchnie Boga!
Mówiąc o stworzeniu, św. Augustyn
stwierdza, że Bóg nie stworzył rzeczy i potem sobie poszedł, ale "skoro
pochodzą one od Niego, to w Nim też pozostają"[3]. Tak też jest ze
słowami Boga: pochodząc od Boga, pozostają w Nim, a On w nich. Duch
Święty, skończywszy "dyktować" Pismo Święte, jakby zamknął się w nim,
zamieszkuje w nim i je ożywia nieustannie swoim boskim tchnieniem.
Heidegger powiedział, że "słowo jest domem bytu"; my możemy powiedzieć,
że "Słowo (pisane przez duże S) jest domem Ducha".
Soborowa
konstytucja Dei verbum zawiera również ten nurt tradycji, kiedy mówi, że
"Pisma natchnione przez Boga (natchnienie pasywne!) i spisane raz na
zawsze, niezmiennie przekazują Boże Słowo i sprawiają, że w
wypowiedziach Apostołów i proroków rozbrzmiewa głos Ducha Świętego
(natchnienie aktywne!)"[4].
Jeszcze raz musimy stwierdzić
niezwykłe podobieństwo pomiędzy misterium Eucharystii i Słowa Bożego. We
Mszy św., najpierw przez epiklezę i konsekrację, Duch Święty daje nam
Eucharystię, a potem Eucharystia w komunii św. daje nam Ducha Świętego.
Na początku i raz na zawsze Duch Święty natchnął Pismo Święte, a teraz
za każdym razem, kiedy je otwieramy, Pismo Święte tchnie Ducha Świętego!
Są to natchnienia, które poruszają naszą wolę ku dobru, światła, które
oświecają nasz umysł, uczucia serca...
2. Doketyzm i ebionizm biblijny
Teraz
musimy dotknąć problemu bardziej delikatnego: w jaki sposób zająć się
Pismem Świętym, aby naprawdę "uwolniło" dla nas Ducha, którego zawiera?
Jak "wyjaśniać" Pisma, tzn. - biorąc dosłownie ten termin jak wnikać w
jego zakamarki w taki sposób[5], aby wydały naprawdę tę woń Boga, którą
dzięki wierze wiemy, że w sobie zawierają? Mówiłem, że Pismo święte
jest rzeczywistością teandryczną, tzn. bosko-ludzką. Prawem każdej
rzeczywistości teandrycznej (jaką jest np. Chrystus i Kościół) jest to,
że nie można odkryć w niej elementu boskiego, nie wychodząc od
ludzkiego. Nie można odkryć w Chrystusie boskości, nie odnosząc się do
Jego konkretnego człowieczeństwa.
Ci, którzy w starożytności
twierdzili inaczej, popadli w doketyzm. Gardząc u Chrystusa Jego ciałem i
ludzkimi oznakami, jako zwykłymi "pozorami" (dokein), zagubili także
jego rzeczywistość najgłębszą i na miejsce Boga żyjącego, który stał się
człowiekiem, wstawili swoją wymyśloną ideę Boga. Na tej samej zasadzie,
nie można odkryć w Piśmie Świętym Ducha, nie wychodząc od litery, tzn.
od konkretnej powłoki ludzkiej, którą Słowo Boże przyjęło w różnych
księgach i natchnionych autorach. Nie można odkryć w nim znaczenia
boskiego, nie wychodząc od ludzkiego znaczenia, tego, które zawarli
ludzcy autorzy Izajasz, Jeremiasz, Łukasz, Paweł itd.
W tym
znajduje swoje pełne wyjaśnienie ogromny wysiłek studiów i badań, które
dotyczą księgi Pisma Świętego. Istnieje rzesza wiernych, którzy
poświęcają całe swoje życie po to, aby rzucić światło na problemy
biblijne; problemy, które dotyczą samego tekstu Pisma Świętego,
kontekstu historycznego i kulturalnego poszczególnych ksiąg, różnych
rodzajów literackich, źródeł wewnętrznych i zewnętrznych Biblii,
dokładnego znaczenia każdego fragmentu... Braciom tym należy się od ludu
chrześcijańskiego wielka wdzięczność; kiedy otwieramy naszą Biblię,
nawet nie zauważając tego, pojmujemy w pełni owoc ich trudu i ubogacamy
się nim.
Fundamentalizm nie jest jednak jedynym
niebezpieczeństwem, które zagraża egzegezie biblijnej. Podawałem za
przykład Chrystusa: wobec osoby Jezusa nie istniało tylko
niebezpieczeństwo doketyzmu, tzn. pominięcia człowieczeństwa; istniało
także niebezpieczeństwo zatrzymania się na nim, widząc w Nim tylko
człowieka i nie odkrywając boskiego wymiaru Syna Bożego. Krótko mówiąc
istniało niebezpieczeństwo ebionizmu. Dla ebionitów (którzy byli
judeochrześcijanami) Jezus był wielkim prorokiem, może nawet największym
z proroków, ale nikim więcej. Ojcowie Kościoła nazwali ich ebionitami
(od ebionim - ubodzy), wyrażając w ten sposób fakt, że byli ubodzy w
wiarę.
Tak dzieje się także z Pismem Świętym. Istnieje ebionizm
biblijny, tzn. ryzyko zatrzymania się na literze i traktowania Biblii
jako wspaniałej księgi, nawet najwspanialszej księgi ludzkości, ale
księgi tylko ludzkiej. Niestety popadamy w ryzyko zredukowania Pisma
Świętego do jednego tylko wymiaru. Rozbicie jedności (teandrycznej) nie
zmierza dzisiaj w kierunku doketyzmu, ale w kierunku ebionizmu.
Kierkegaard
napisał następujące słowa, które po upływie półtora wieku zachowują w
dużej części swoją aktualność, również dla katolików: "Jak czyta się
Słowo Boże w chrześcijaństwie? Gdybyśmy się podzielili na dwie klasy, by
nie zagubić się w lesie pojedynczych przypadków, trzeba by powiedzieć:
Większość nie czyta nigdy Słowa Bożego, mniejszość czyta je w sposób
bardziej lub mniej uczony, tzn. nie czyta Słowa Bożego, ale wpatruje się
w zwierciadło ("wpatrywać się w zwierciadło" oznacza zatrzymać się na
problemach krytycznych, na literze Pisma Świętego). Albo, żeby
powiedzieć tę samą rzecz innymi słowy: większość uważa Biblię za księgę
przestarzałą i odstawia ją na bok, mniejszość uważa ją za pismo antyczne
o wyjątkowej wartości, oddając się jego studium ze zdumiewającą
gorliwością i bystrością umysłu"[6].
Wielu badaczy wyjaśnia
Biblię, świadomie używając jedynie metody historyczno-krytycznej. Nie
mówię o badaczach niewierzących, dla których byłoby to normalne, ale o
naukowcach którzy uważają się za wierzących. Sekularyzacja sacrum w
żadnym wypadku nie objawiła się tak wyraźnie, jak w sekularyzacji
świętej Księgi. Chcieć pojąć wyczerpująco Pismo święte, studiując je
tylko przy użyciu narzędzia, jakim jest analiza historyczo-filologiczna,
to tak, jakby chcieć odkryć czym jest Eucharystia, opierając się
jedynie na analizie chemicznej hostii konsekrowanej! Analiza
historyczno-krytyczna, nawet gdyby miała być posunięta do najwyższej
doskonałości, przedstawia w rzeczywistości dopiero pierwszy stopień
poznania Biblii, dotyczący litery.
Jezus stwierdza uroczyście w
Ewangelii, że Abraham "widział Jego dzień" (por. J 8, 56), że Mojżesz
"napisał o Nim" (por. J 5, 46), że Izajasz "widział Jego chwałę i mówił o
Nim" (por. J 12, 41), że prorocy i psalmy, i wszystkie pisma mówią o
Nim (por. Łk 24, 27.44; J 5,39), ale dzisiaj tzw. egzegeza naukowa waha
się mówić o Chrystusie, nie zauważa Go praktycznie w żadnym fragmencie
Starego Testamentu, albo przynajmniej lęka się mówić, że Go zauważa, aby
nie zdyskredytować się "naukowo". Tylko pozornie te dwa nadużycia -
hiperkrytycyzmu i fundamentalizmu - są wobec siebie przeciwstawne: mają
wspólne to, że zatrzymują się na literze, pomijając Ducha.
Największym
minusem egzegezy wyłącznie naukowej jest to, że zmienia ona całkowicie
relacje pomiędzy egzegetą a Słowem Bożym. Aby zrozumieć znaczenie tego
stwierdzenia, trzeba wziąć pod uwagę to, co wydarzyło się na
płaszczyźnie ogólnej w teologii. Posiadamy obecnie dobre opracowania
naukowe, które zrekonstruowały rozwój znaczenia słowa "teologia" od
początków aż do naszych czasów. Studia te ukazały jasno ewolucję i swego
rodzaju rozłam, który nastąpił ok. wieku XII. Do tego momentu termin
"teologia" wskazywał na "pewien sposób poznania Boga i mówienia o Nim".
Sposób ukierunkowany na uwielbienie, adorację, pełne przyjęcie Boga do
własnego życia.
Teologia była widziana jako mądrość, jako łaska i
charyzmat. Tyko Duch Święty, który przenika głębokości Boga myślano
może nauczyć mówić o Bogu. "Jeśli jesteś teologiem, będziesz się
prawdziwie modlił, a jeśli się modlisz, jesteś prawdziwym teologiem"
mówił Ewagriusz[7]. Kiedy po raz pierwszy słowo "teologizować"
(theologein) pojawia się w języku chrześcijańskim, oznacza ono "głosić w
hymnach boskość Chrystusa"[8].
Począwszy od XII w. teologia
zyskuje nowe znaczenie: poznania harmonijnego i naukowego danych
Objawienia, racjonalnego wyjaśnienia tego, co dotyczy religii
chrześcijańskiej. Krótko mówiąc, powstaje koncepcja teologii jako nauki.
W momencie, w którym następowała ta przemiana, nie miała ona jeszcze w
sobie nic szczególne rewolucyjnego. Nie odrzucała bowiem owego
religijnego elementu pokornego poddania się Bogu, związanego od zawsze z
działalnością teologiczną. Teologia była królową nauk i na
uniwersytetach uznawano jej prymat wobec wszystkich innych dyscyplin.
Można powiedzieć, że to ona "kształtowała" inne nauki i zresztą
wszystkie nauki były jeszcze wówczas pojmowane w kluczu sakralnym i
religijnym.
Minus pojawił się później, kiedy zmieniły się
relacje. Nauki wyzwoliły się; nauką w pełni tego słowa znaczeniu stała
się filozofia, a w końcu, w ostatnich wiekach fizyka, dzisiaj biologia. W
tym momencie to inne nauki nakładają niedostrzegalnie własny statut
nauki na teologię. Jeden z postulatów naukowości dzisiaj to ten, że
naukowiec ma być neutralny wobec przedmiotu swoich poszukiwań, a nawet,
że ma go zdominować i opanować. Kiedy chce się wygłosić pochwałę wobec
jakiegoś naukowca, mówi się, że opanował doskonale swój przedmiot.
Lecz
kiedy tę zasadę naukową, skądinąd mającą swoją wartość, stosuje się do
teologii, natychmiast pojawia się jej nieadekwatność. Jak można
"zapanować" nad Bogiem czy nad Pismem świętym? W tym jedynym przypadku
przedmiot jest ponad podmiotem i nie może zostać opanowany, nie można
pozostać neutralnym wobec niego.
To, co święty Paweł w Liście do
Rzymian nazywa bezbożnością, rzuca światło także na ten problem
dotyczący Pisma świętego. O Piśmie świętym tym bardziej należy
powiedzieć to, co się mówi o stworzeniu: to, co można dowiedzieć się o
Bogu, jest w nim objawione, ukazane ludziom. Nie można więc
usprawiedliwić tych, którzy badają Pisma bez oddawania chwały i
wdzięczności Autorowi, ale dają upust swoim wymysłom i stawiają
stworzenie ponad Stworzycielem, tzn. ich stworzenie, ich egzegezy i
hermeneutykę ponad dzieło Stworzyciela, którym jest właśnie Pismo święte
(por. Rz 1,18).
Co powiedzielibyśmy o filologach, którzy
badaliby źródła Dantego, ich ewolucje, układ treści, zanim zostały przez
niego przyjęte i przekształcone w Boską komedię, i w końcu
stwierdziliby, że to jest rzecz ważniejsza i o wiele bardziej poważna
niż to, by czytać, smakować, podziwiać i pozwolić się pochwycić urokowi
poezji, mocy natchnienia, krótko mówiąc, formie końcowej wydobytej z
tych materiałów? Co powiedzieć o badaczach, którzy uważaliby, że
zrekonstruowanie różnych form obecnych w historii Fausta, począwszy od
Marlowa do Goethego, albo stadiów ewolucji rodzaju symfonicznego
obecnych w okresie przed Bethowenem, to rzecz ważniejsza niż
przeczytanie Fausta lub wysłuchanie Dziewiątej symfonii? Mało tego,
którzy baliby się dać ponieść sile tych dwóch arcydzieł, lękając się, że
w takim wypadku nie zdołaliby wypełnić swojego obowiązku krytyków? A
jednak to właśnie czyni się od pewnego czasu dzisiaj w niektórych
środowiskach z pismami natchnionymi przez Boga. Rzeczą najważniejszą
stało się to, by je rozłożyć i zrekonstruować.
Jeśli ktoś
oczekuje, że będzie dotknięty przez słowo zauważa Kierkegaard
dopiero wtedy, gdy rozwiąże wszystkie problemy związane z tekstem, z
wariantami, z różnicami opinii u badaczy, nie doczeka się tego nigdy. To
stanie się nawet mechanizmem obronnym przed Słowem Bożym. Słowo Boże
zostało dane po to, abyś je wprowadzał w życie, a nie żebyś ćwiczył się
na nim w egzegezie jego tajemnic. Panuje "inflacja hermeneutyki" i
najgorszym jest to, że wierzy się, iż rzeczą najważniejszą w stosunku do
Biblii jest hermeneutyka, a nie życie[9].
Konsekwencją tego
wszystkiego jest zamkniecie się i "złożenie się" pism Księgi. Ponownie
staje się ona księgą "zapieczętowaną", księgą "zakrytą", ponieważ mówi
św. Paweł ta zasłona "zostaje zerwana w Chrystusie", kiedy następuje
"nawrócenie ku Niemu", tzn. kiedy rozpoznaje się na kartach Pisma
świętego Chrystusa (por. 2 Kor 3,15-16). Z Biblią dzieje się tak, jak z
niektórymi bardzo wrażliwymi roślinami, które zamykają swoje liścia,
skoro tylko zostaną dotknięte przez jakieś obce ciało, albo jak z
niektórymi muszlami, które zamykają swoją skorupę, aby uchronić perłę,
którą noszą wewnątrz. Perłą Pisma św. jest Chrystus.
Inaczej nie
można wyjaśnić tak wielu kryzysów wiary u badaczy Biblii. Kiedy pojawia
się pytanie o duchową oschłość panującą w niektórych seminariach i
miejscach formacji, szybko można odkryć, że jedną z głównych przyczyn
jest sposób, w jaki jest wykładane w nich Pismo święte. Kościół żył i
żyje z lektury duchowej Biblii; kiedy odetnie się ten kanał, który
odżywia życie religijne, gorliwość, wiarę, wówczas wszystko usycha i
marnieje. Nie rozumie się już wówczas liturgii, która cała jest oparta
na lekturze duchowej Pisma świętego albo też przeżywa się ją jako moment
oderwany od prawdziwej osobistej formacji, jako moment, który zaprzecza
temu, czego wcześniej nauczyło się w klasie.
3. Duch daje życie
Kiedy
przez długi okres czasu nie używa się kończyny ciała, na przykład
stopy, koniecznym jest potem, chcąc powrócić do formy, poddać tę
kończynę rehabilitacji. Lud chrześcijański przez zbyt długi okres czasu
nie używał tej "kończyny" witalnej, jaką jest Biblia i teraz ma potrzebę
przywrócić jej sprawność. Dla niektórych taka rehabilitacja polega na
wzięciu do ręki Biblii i czytaniu jej, ponieważ może nie zainteresowali
się nią jeszcze nigdy na serio i całościowo. Dla innych, którzy znają ją
i może przez długi czas ją studiowali, taka rehabilitacja będzie
polegać na ponownym przyzwyczajeniu się do owej lektury duchowej, która
przez całą epokę patrystyczną i średniowieczną stanowiła pierwotne
źródło mądrości i duchowości Kościoła.
Znakiem wielkiej nadziei
jest to, że wymóg lektury duchowej Pisma Świętego, opartej na wierze,
zaczyna być dzisiaj odczuwany właśnie przez niektórych najbardziej
wybitnych egzegetów. Jeden z nich napisał ostatnio: "Jest sprawą pilną,
aby wszyscy, którzy studiują i interpretują Pismo Święte, zainteresowali
się na nowo egzegezą Ojców, by ponownie odkryć, obok swoich metod,
ducha, który ich ożywiał i głębokie uczucie, które inspirowało ich
egzegezę. W ich szkole musimy nauczyć się interpretować Pismo Święte nie
tylko z punktu widzenia krytycznego i historycznego, ale w Kościele i
dla Kościoła" (I. de la Potterie). Ojciec Henri de Lubac, w znanym
dziele na temat egzegezy średniowiecznej, ukazał spójność, solidność i
nadzwyczajną owocność egzegezy duchowej praktykowanej przez Ojców
starożytnych i średniowiecznych.
Trzeba jednak powiedzieć, że
Ojcowie nie czynią nic innego na tym polu, jak tylko aplikują (używając
narzędzi niedoskonałych, które wówczas mieli do dyspozycji) czyste i
proste nauczanie Nowego Testamentu. Innymi słowy nie są inicjatorami,
ale kontynuatorami tradycji, która rozpoczęła się w osobach Jana, Pawła i
samego Jezusa. Oni nie tylko praktykowali przez cały czas lekturę
duchową Pisma Świętego, tzn. lekturę w odniesieniu do Chrystusa, ale
także ukazali zasadność takiej lektury, stwierdzając, że wszystkie Pisma
mówią o Chrystusie (por. J 5, 39), że w nich był już "Duch Chrystusa",
który działał i mówił przez proroków (por. 1 P 1, 11), że wszystko w
Starym Testamencie jest mówione "na sposób alegorii", tzn. w odniesieniu
do Kościoła (por. Ga 4, 24), albo też "ku pouczeniu nas" (1 Kor 10,
11).
Lektura duchowa Biblii nie oznacza więc lektury budującej,
mistycznej, subiektywnej, albo gorzej jeszcze, fantazyjnej, w
przeciwieństwie do lektury naukowej, która byłaby obiektywna.
Przeciwnie, jest to lektura najbardziej obiektywna spośród możliwych,
ponieważ opiera się na Duchu Bożym, a nie na duchu ludzkim. Lektura
subiektywna Pisma Świętego (oparta na wolnej analizie) rozszerzyła się
właśnie wtedy, gdy została porzucona lektura duchowa i tam, gdzie
zaprzestano ją praktykować.
Lektura duchowa jest więc czymś
precyzyjny i obiektywnym; jest to lektura czyniona pod przewodnictwem
albo w świetle Ducha Świętego, który natchnął Pismo Święte. Opiera się
na wydarzeniu historycznym, tzn. na odkupieńczym akcie Chrystusa, który
przez swoją śmierć i zmartwychwstanie wypełnia plan zbawienia, realizuje
wszystkie figury i proroctwa, odsłania wszystkie ukryte tajemnice i
daje prawdziwy klucz do lektury całej Biblii. Apokalipsa wyraża to
wszystko w obrazie Baranka zabitego, który bierze do ręki księgę i łamie
jej siedem pieczęci (por. Ap, 5, 1).
Kto chciałby po Nim czytać
Pismo Święte, pomijając ten akt, przypominałby kogoś, kto próbowałby
czytać partyturę muzyczną w kluczu "fa" po tym, jak kompozytor
wprowadził do fragmentu klucz "sol": każda pojedyncza nuta wydawałaby
wówczas fałszywy dźwięk. Nowy Testament nazywa nowym kluczem "Ducha", a
starym kluczem "literę", mówiąc, że litera zabija, a Duch ożywia (2 Kor
3, 6).
Przeciwstawiać sobie "literę" i "Ducha" nie oznacza
przeciwstawiać Starego i Nowego Testamentu, jakby pierwszy przedstawiał
tylko literę, a drugi tylko Ducha. Oznacza raczej przeciwstawiać sobie
dwa różne sposoby czytania, zarówno Starego, jak i Nowego Testamentu:
sposób, który pomija Chrystusa i sposób, który ocenia wszystko w świetle
Chrystusa. Dlatego Kościół może widzieć wartość w jednym i drugim
Testamencie, ponieważ oba mówią o Chrystusie.
Lektura duchowa
nadaje nawet Staremu Testamentowi nową siłę i światło, które były
wcześniej nieznane, a które pojawiają się dopiero wtedy, gdy się
odkryje, że mówi on o czymś innym; że poza znaczeniem dosłownym i
konkretnym, posiada on także znaczenie symboliczne, które przekracza
samo siebie. Innymi, bardziej tradycyjnymi słowy: w momencie odkrycia,
że mówi on "przez alegorię" (Ga 4, 24).
Św. Augustyn pisze:
"Wszystko to, co się nasuwa za pośrednictwem symboli, dotyka i rozpala
serce o wiele bardziej niż uczyniłaby to sama prawda, gdyby została
przedstawiona bez tajemniczej powłoki obrazów... Naszą wrażliwość trudno
jest rozpalić, dopóki zostaje ona związana z rzeczywistością czysto
konkretną, ale jeśli zostanie ukierunkowana ku symbolom wziętym ze
świata cielesnego i stamtąd przeniesiona na płaszczyznę rzeczywistości
duchowych, na które wskazują owe symbole, nabiera żywotności już przez
sam fakt tego przejścia i rozpala się jeszcze bardziej, jak pochodnia w
ruchu"[10].
Coś podobnego dokonuje się u chrześcijanina w
momencie przejścia od Nowego do Starego Testamentu, od proroctwa do
rzeczywistości. W przejściu tym umysł "rozpala się", jak pochodnia w
ruchu. Opis cierpień Sługi cierpiącego u Izajasza 53 posiada swoisty
sposób mówienia o męce Chrystusa, którego nie może zastąpić żadna
narracja historyczna Ewangelii. Język pośredni - zarówno symboliczny
sakramentów, jak i profetyczny Pisma Świętego - jest, w pewnym sensie,
mniej wystawiony na wyczerpanie się, ponieważ mówi i nie mówi; bardziej
niż stwierdzać, sugeruje, przywodzi na myśl, a zatem prowokuje za każdym
razem nowe poruszenie serca. Stary Testament nie jest zatem pozbawiony
możliwości lektury duchowej, ale przeciwnie, uprzywilejowany do
maksimum. Kiedy św. Paweł mówi: Duch daje życie, trzeba to rozumieć, że
daje życie także literze, także Staremu Testamentowi!
4. To, co Duch mówi do Kościoła
Lektura
duchowa nie dotyczy jednak tylko Starego Testamentu; w innym sensie
dotyczy także Nowego Testamentu. Również on winien być czytany w sposób
duchowy. Czytać w sposób duchowy Nowy Testament, oznacza czytać go w
świetle Ducha Świętego danego Kościołowi w dzień Pięćdziesiątnicy, aby
doprowadzić go do całej prawdy, tzn. do pełnego zrozumienia i realizacji
Ewangelii.
Jezus sam wyjaśnił, z góry, związek między swoim
Słowem, a Duchem, którego miał posłać (chociaż nie powinniśmy myśleć, że
uczynił to w pojęciach dokładnie takich, jakich używa w tym względzie w
Ewangelii św. Jana). Duch czytamy u Jana - "nauczy i przypomni"
wszystko to, co Jezus powiedział (por. J 14, 25), tzn. pozwoli to
zrozumieć dogłębnie ze wszystkimi powiązaniami. On "nie będzie mówił od
siebie", tzn. nie powie rzeczy nowych w stosunku do tych, które
powiedział Jezus, ale - jak mówi sam Jezus - weźmie z mojego i wam
objawi (J 16, 13-15).
Jezus nie powiedział wszystkiego otwarcie;
były kwestie, których uczniowie nie potrafili jeszcze "unieść". Duch
Święty został posłany, aby doprowadzić uczniów do pełnej prawdy jeszcze
nie osiągniętej. Możemy więc powiedzieć, że lektura duchowa w pełnym
tego słowa znaczeniu, to ta, w której Duch Święty uczy czytać Stary
Testament w odniesieniu do Jezusa i uczy czytać Stary i Nowy Testament
razem w odniesieniu do Kościoła.
W tym widać, jak lektura duchowa
integruje i przekracza lekturę naukową. Lektura naukowa zna tylko jeden
kierunek: historyczny. Wyjaśnia to, co następuje potem w świetle tego,
co było przedtem; wyjaśnia Nowy Testament w świetle Starego, który go
poprzedza i wyjaśnia rzeczywistość Kościoła w świetle Nowego Testamentu.
Spora część wysiłku krytycznego wokół Pisma Świętego polega na
przedstawieniu nauczania Ewangelii w świetle tradycji
starotestamentalnych, egzegezy rabinistycznej itd. Krótko mówiąc, polega
na badaniu źródeł (na tej zasadzie bazuje Kittel i wiele innych pomocy
biblijnych).
Lektura duchowa uznaje w pełni wartość tego kierunku
poszukiwań, ale do niego dołącza inny, odwrotny. Polega on na
wyjaśnieniu tego, co dokonało się przedtem, w świetle tego, co następuje
potem; na wyjaśnieniu proroctwa w świetle jego realizacji, Starego
Testamentu w świetle Nowego i Nowego Testamentu w świetle Tradycji
Kościoła. Dopiero po tym, jak Bóg zrealizował swój plan, rozumie się
sens tego, co wcześniej przygotował i zapowiedział. W odniesieniu do
tego, lektura duchowa Biblii znajduje szczególne potwierdzenie w
zasadzie hermeneutycznej "historii wydarzeń" Gadamera
(Wirkungsgeschichte), według której, aby zrozumieć tekst, trzeba wziąć
pod uwagę skutki, które spowodował w historii, wchodząc w nią i
dialogując z nią[11].
To, jak mówiłem, nie dotyczy tylko
przejścia od Starego Testamentu do Nowego, ale również przejścia od
Nowego Testamentu do Kościoła, ponieważ dopiero w świetle tego, co Duch
realizuje w Kościele, odkrywa się stopniowo nieskończone możliwości i
związki słowa z misterium Chrystusa. Tradycja jest jak wielka skrzynia
rezonansowa Pisma Świętego. Czym byłaby wiolonczela, w której byłyby
tylko struny, które drgają, a nie byłoby owej cudownej wklęsłości w
drewnie - odpowiednio dobranym, wysuszonym i wygładzonym - w której
dźwięk, można powiedzieć, przybiera realny kształt? Czym byłaby Pieśń
nad Pieśniami czytana tak po prostu, jak jest zawarta w kodeksach
biblijnych, bez owego echa, którego nabrała w liturgii i duchowości
Kościoła, stosowanego raz do samego Kościoła, innym razem do Maryi, a
czasem do duszy zakochanej w Bogu?
Jeśli każde drzewo jak mówi
Jezus - rozpoznaje się po jego owocach, to też Słowa Bożego nie można w
pełni poznać, nie zobaczywszy wpierw owoców, które zrodziło. Studiować
Pismo Święte w świetle Tradycji, to trochę tak, jak poznawać drzewo po
jego owocach. Dlatego Orygenes mówił, że "sens duchowy to ten, który
Duch nadaje Kościołowi"[12]. Utożsamia się on z lekturą eklezjalną, albo
nawet z samą Tradycją, jeśli rozumiemy przez nią nie tylko uroczyste
deklaracje Magisterium (które dotyczą zresztą niewielu tekstów
biblijnych), ale także doświadczenie doktryny i świętości, w które Słowo
Boże na nowo się wciela i jest wyjaśniane w ciągu wieków za
współdziałaniem Ducha Świętego.
Potrzeba nie tyle, aby lektura
duchowa zajęła miejsce aktualnej egzegezy naukowej, powracając
mechanicznie do egzegezy Ojców, ile raczej, aby nowa lektura duchowa
była w zgodzie z ogromnym progresem poczynionym przez studium "litery".
Krótko mówiąc, lektura, która miałaby natchnienie i wiarę Ojców, a
jednocześnie solidność oraz powagę aktualnej wiedzy biblijnej.
5. Duch, który wieje z czterech wiatrów
Wobec
stosu wyschniętych kości, prorok Ezechiel usłyszał pytanie: "Czy kości
te powrócą znowu do życia?" (Ez 37, 3). To samo pytanie stawiamy sobie
my dzisiaj: Czy egzegeza wyjałowiona przez nadmiar filologii będzie
mogła odnaleźć zapał i życie, które miała w innych momentach historii
Ludu Bożego? Ojciec de Lubac, po długich studiach egzegezy
chrześcijańskiej, kończy raczej z dystansem, mówiąc, że "nam
współczesnym brakuje warunków, aby móc wskrzesić taką lekturę duchową,
jak u Ojców. Brakuje nam tej wiary pełnej zrywu, tego poczucia pełni i
jedności, którą mieli oni; dlatego, przy tym braku ducha, z którego
pochodziło to wszystko, chcieć naśladować dzisiaj ich odwagę, byłoby
wystawianiem siebie prawie na profanację"[13]. Jednak nie zamyka on
całkowicie bramy nadziei i mówi, że "jeśli chce się odnaleźć dzisiaj coś
z tego, czym była w pierwszych wiekach Kościoła duchowa interpretacja
Pisma Świętego, potrzeba przede wszystkim wzbudzić ruch duchowy"[14].
Po
kilku dziesięcioleciach, z Soborem Watykańskim II pomiędzy, wydaje mi
się, że słowa te były prorockie. Ów "ruch duchowy", ów "zryw" zaczął
powstawać, ale nie dlatego, że zaprogramowali lub przewidzieli go
ludzie, lecz dlatego, ze Duch Święty zaczął na nowo wiać nieoczekiwanie z
czterech wiatrów na wyschłe kości. Wraz z ponownym pojawieniem się
charyzmatów, można jednocześnie zauważyć pojawienie się duchowej lektury
Biblii, i to jest również jeden z najbardziej wybornych owoców Ducha
Świętego.
Uczestnicząc w spotkaniach biblijnych i modlitewnych,
jestem czasem zdumiony, kiedy słyszę refleksje nad Słowem Bożym
analogiczne do tych, które czynili w swoim czasie Orygenes, Augustyn,
Grzegorz Wielki, chociaż wypowiedziane językiem o wiele prostszym. Słowa
o świątyni, o "namiocie Dawida", o Jerozolimie zburzonej i odbudowanej
po powrocie z niewoli, są stosowane z całą prostotą i kompetencją do
Kościoła, do Maryi, do własnej wspólnoty albo do własnego życia
osobistego. To, co zostało opowiedziane o osobach Starego Testamentu,
prowadzi do refleksji, przez analogię lub przez antytezę, o Jezusie, a
to co zostało powiedziane o Jezusie jest stosowane i aktualizowane w
odniesieniu do Kościoła i do pojedynczego wierzącego.
Wiele
wątpliwości wobec duchowej lektury Biblii rodzi się z tego, że nie
bierze się pod uwagę różnicy pomiędzy wyjaśnieniem, a zastosowaniem. W
lekturze duchowej, bardziej niż chęć wyjaśnienia tekstu, przypisując mu
sens inny niż miał autor natchniony, chodzi zasadniczo o zastosowanie
lub aktualizacje tekstu. Widzimy to już w Nowym Testamencie wobec słów
Jezusa. Czasami można zauważyć, że ta sama przypowieść Chrystusa
znajduje różne zastosowania u Synoptyków, w zależności od potrzeb i
problemów wspólnoty, do której każdy z nich pisze.
Zastosowania
Ojców oraz dzisiejsze nie mają oczywiście charakteru kanonicznego wobec
zastosowań pierwotnych, ale proces, który prowadzi do nich jest ten sam i
opiera się na fakcie, że Słowa Boże nie są słowami martwymi, do
"zakonserwowania w oliwie" powiedziałby Pegy. Są to słowa "żywe" i
"aktywne", zdolne do uwolnienia ukrytych znaczeń i potencjalności w
odpowiedzi na nowe pytania i sytuacje. Jest to konsekwencja tego, co
nazwałem "natchnieniem aktywnym" Pisma Świętego, to znaczy faktu, że nie
jest ono tylko "natchnione przez Ducha", ale też "tchnie Ducha"; i
czyni to nieustannie, jeśli jest czytane z wiarą. "Pismo Święte
powiedział św. Grzegorz Wielki - cum legentibus crescit, wzrasta z tymi,
którzy je czytają"[15], Wzrasta, pozostając nietknięte.
Chciałbym
zakończyć modlitwą, którą usłyszałem kiedyś u pewnej kobiety, po
przeczytaniu fragmentu o Eliaszu, który wznosząc się do nieba,
pozostawił Elizeuszowi dwie trzecie swojego ducha. Jest to przykład
lektury duchowej w znaczeniu, który powyżej wyjaśniłem: "Dziękuję, Jezu,
że wstępując do nieba, nie zostawiłeś nam tylko dwie trzecie swojego
Ducha, ale całego Ducha! Dziękuję, że nie zostawiłeś Go tylko jednemu
uczniowi, ale wszystkim ludziom!"